Seks, igła i brokat [3]
„Papierowy księżyc z nieba spadł / Skończył się video film / Może to był romans może żart / Dziś nie obchodzi mnie to / Dziś już nie martwię się tym" (Halina Frąckowiak, Papierowy księżyc)
Przełom lat 60. i 70. w zachodniej części Warszawy to wciąż jeszcze gruzy popowstaniowe, rudery, rozsypujące się przedwojenne kamienice, ruiny, rumowiska, przecinane pustymi placami po wyburzonych domach lub nowymi socjalistyczno-modernistycznymi osiedlami. Koniec „Dzikiego Zachodu”. Opisywali to Tyrmand, Hłasko, Bahdaj. Slumsy, biedota, chałupy, drewniane budy, labirynty przejść. Zakamarki, schody, windy. Końce tras, brudne ulice, gdzie jest mrok. Niebezpieczne miejsca pełne przestępczych melin, ciemnych bram i zaułków. W tym ukrytym zakątku miasta, tam gdzie cienie zamieniają się w widma, rozgrywały się niepokojące sceny, których nikt nie powinien był doświadczyć. Pigułki, skręty i biały proszek były ofiarowywane nocnym demonom, które ocierały się w tańcu o spocone ciała w podziemnych klubach. Otwierały kolejne drzwi do starych, zapadających się domów opuszczonych przez ludzi i historię, prowadząc ku nowym, nierealnym doświadczeniom.
„Nylonowy księżyc”, film o wielkomiejskich terrorystkach z Mariną Abramović i Sanją Iveković w rolach głównych, kręcony częściowo wśród wolskich ruin, w reżyserii Węgra, Pála Sándora nie był do końca czystą fantazją. Dziś nie jest już tajemnicą, że lewacka międzynarodówka terrorystyczna często przyjeżdżała do PRL. Scenariusz pisany początkowo przez Barbarę Sass był przeróbką powieści słowackiej pisarki Jaroslavy Blažkovej o tym samym tytule, wydanej w roku 1964 w kultowej niegdyś kryminalnej serii „z Jamnikiem”. Jednak Sass porzuciła pomysł w połowie i przejęła go młoda studentka łódzkiej filmówki, Dorota Kędzierzawska, która całkowicie zmieniła fabułę. Prawdziwą inspiracją były autentyczne wydarzenia z lat 70. kiedy to członkowie Frakcji Czerwonej Armii (oryg. Rote Armee Fraktion) ukrywali się na Mazurach.
Lewacy z RAF przyjeżdżali do PRL kilka razy – opowiada nasz informator i dziennikarz śledczy, który pragnie zachować anonimowość – Pierwszy raz w roku 1971. Z archiwów Staatssicherheitsdienst czyli Stasi wiemy, że stacjonowali oni w Berlinie Wschodnim pod ochroną służb specjalnych. W pewnym momencie chcieli wyrwać się z szarugi i nudy komunistycznej części miasta. Również by podreperować swoje finanse. Zdobyli się na szalony krok: obrabowanie kilku banków. Potrzebna im była szczegółowa, wojskowa mapa topograficzna, którą zdobyli. Niewątpliwie po to, by mogli zaplanować trasy ucieczki z miejsc popełnienia planowanych przestępstw. Ruszyli o świcie pierwszego dnia wiosny 1971 roku na wschód Niemiec, rozpoczynający tym samym swój morderczy maraton. Okradli bank w mieście Küstrin, a następnie skierowali się na północny wschód, napadając na banki w Greifenberg in Pommern i Rügenwalde, a następnie kontynuowali rajd przez Köslin, Stolpmünde i Großendorf. Specjalnie unikali większych miast. Kryjówki urządzali w lasach. Problemem było to, że nie mogli dogadać się z zakładnikami branymi w napadanych bankach, gdyż używali oni dziwnego – według nich – języka, całkiem niepodobnego do niemieckiego. Złożyli to na karb komunistycznych rządów i sowietyzacji Niemiec Wschodnich oraz faktu, że przebywali na dalekich rubieżach swojego kraju. Zapewne sądzili, że tak brzmią lokalne gwary. Balonik pękł, kiedy dotarli w okolice Sensburga, a konkretnie do wsi Neusixdroi. Tam spotkali rolnika, który dosyć dobrą niemczyzną, lecz z silnym nalotem Plattdüütsch, wytłumaczył im, że znajdują się w… komunistycznej Polsce, a konkretnie na Mazurach w okolicach Mrągowa (niem. Sensburg). Owym rolnikiem był rodowity Mazur, pan Gerhardt Kielischek. Okazało się, że młodzi terroryści mieli ze sobą mapę wojskową wydrukowaną w 1944 roku, na której były dawne granice Niemiec obejmujące Dolny Śląsk, Pomorze, Prusy Wschodnie. Szok jaki przeżyli członkowie RAF-u spowodował, że podjęli decyzję o pozostaniu przez kilka tygodni na Mazurach. Ruszyli w stronę Giżycka bunkrując się na Wyspie Miłości na jeziorze Niegocin. Traf chciał, że w okolicy przebywał także reżyser Hubert Drapella oraz pisarz-scenarzysta, Zbigniew Nienacki, kręcąc młodzieżowy serial „Samochodzik i Templariusze” ze Stanisławem Mikulskim w roli głównej.
Po lewej: reżyser serialu , Hubert Drapella na planie filmowym, z tyłu, zasłonięci, członkowie RAF.
Po prawej: auto, którym poruszali się członkowie RAF. Tu na stacji benzynowej w Orzyszu na Mazurach.
Doszło do niebezpiecznej sytuacji, gdyż jeden z członków RAF przeglądając polską gazetę zauważył zdjęcie Stanisława Mikulskiego w mundurze niemieckim jako Hansa Klossa. Niewiele namyślając się, próbowali dokonać zamachu na Mikulskiego, biorąc go za gauleitera Prus Wschodnich, Ericha Kocha. Zamach udaremnił pan Kielischek, tłumacząc im, o co w tym wszystkim chodzi. Wtedy nagle do akcji wkroczyła Milicja Obywatelska i Służba Bezpieczeństwa, a następnie Zarząd II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego czyli wywiad wojskowy. Terrorystów z RAF przetransportowano do specjalnego ośrodka we wsi Nowy Zyzdrój (niem. Neusixdroi) i tam ślad po nich – jak dla twojej wiedzy, młody człowieku – się urywa. Pytam, dlaczego o napadach na banki – bo wymienione wcześniej miasta to przecież Kostrzyn nad Odrą, Gryfice, Darłowo, Koszalin, Ustka i Władysławowo – nie pisano na łamach ówczesnej prasy? Młody człowieku, czy wyobraża pan sobie panikę jaka by wybuchła w kraju? Milicja i wywiad od początku miały na oku członków RAF. Poinformowało o tym Stasi. Ich agent osobiście podrzucił terrorystom starą mapę. Po co? Zapewne był w tym jakiś cel. Nic się nie dzieje przypadkiem, proszę pana. A dlaczego cisza w mediach? Czesław Kiszczak osobiście takową zarządził – kończy mój informator.
Zapewne nie dowiem się niczego więcej.
Stanisław Mikulski jako Hans Kloss i członkowie Frakcji Czerwonej Armii.
Wiemy jednak, że terroryści z RAF przebywali na Mazurach – tym razem świadomie i na zaproszenie PRL-owskich służb – przynajmniej jeszcze dwukrotnie. Po raz trzeci w roku 1979, kiedy to podróżujący po Mazurach hipisi — wśród których był znany później bębniarz, Jerzy Słoma Słomiński — spotkali ich w restauracji „Flądra” w Rucianem: Studiowałem wtedy na warszawskiej ASP — mówi Słoma — Latem jeździliśmy włóczyć się po Pomorzu, Warmii i Mazurach. Siedzieli tam we czwórkę, dwie kobiety i dwóch mężczyzn, jedli sobie schabowego z kapustą. Wzięliśmy ich za burżuazyjnych turystów niemieckich, ale oni, widząc gromadę hipisów, przyczepili się do nas. Szybko się dogadaliśmy, bo w końcu przyświecały nam, pozornie, podobne antysystemowe ideały. Zabraliśmy ich do Warszawy. Nie mieliśmy świadomości, że to popłuczyny po grupie Baader-Meinhof… Czwórka terrorystów z RAF przebywała około miesiąca w stolicy, gdzie spotykali się z artystami i działaczami. To było jeszcze przed Solidarnością, ale już wówczas wrzało pod powierzchnią i działało mnóstwo radykalnych organizacji – wspomina Robert Matera z Dezertera – Oni, niemieckim zwyczajem, wygrzewali się nago na plażach nudystów na Mazurach. Potem przyjechali do Warszawy, pobawić się w klubach. Trafili na koncerty Kryzysu, Polandu, Tiltu, Deutera. Dziś mogę to powiedzieć otwarcie, bo minął szmat czasu, ale członkowie Frakcji Czerwonej Armii pisali dla nas pierwsze teksty. Po ich wyjeździe nadal utrzymywaliśmy kontakt, a oni wysyłali nam listy z tekstami i odezwami. Oczywiście po niemiecku. My tak 5 przez 10 tłumaczyliśmy to na polski. Wiesz, oni byli już z Trzeciej Generacji RAF, porzucili marksizm-leninizm na rzecz anarchizmu. Kontakt się urwał, kiedy dowiedzieli się, że zamierzamy — dla żartu — nazwać naszą kapelę SS-20 [pierwsza nazwa Dezertera – przyp. aut.], więc pewnie pomyśleli, że przeszliśmy na neonazizm <śmiech>.
Nieprawda! – przerywa mu Zygzak z zespołu TZN Xenna – Nie mieli żadnych idei, to były tylko puste hasła. Tak naprawdę byli skrajnymi hedonistami. Chodziło im tylko o seks, pieniądze, życie na krawędzi. W Warszawie kazali mi się prowadzać po klubach, burdelach, barach ze striptizem i kupowali heroinę od Chińczyków na rogu Brzeskiej i Capri. Non stop palili hasz, który dostali od członków Organizacji Wyzwolenia Palestyny.
Serio?! Cóż, więc dałem się nabrać, haha! – śmieje się Matera.
Haha – wtóruje mu Zygzak – Ja też.
Fotosy z filmu „Nylonowy księżyc”: Piotr „Czombe” Dubiel jako seryjny morderca z Dworca Centralnego i Marina Abramović w blond peruce (po lewej); Piotr „Czombe” Dubiel jako tajny agent i terrorystka grana przez Sanję Iveković (po prawej).
Na pewno na jednym z seansów „Nylonowego księżyca” w 1981 roku była ekipa z Włoch, z Czerwonych Brygad. Wtedy w Polsce wrzało jak w wulkanie. Solidarność była rewolucyjna, robotnicza, lewacka — w dzisiejszym rozumieniu tego słowa — wręcz prawie anarchistyczna, antypaństwowa. Przyjeżdżały do nas prawdziwe świry: polityczni radykałowie, religijni sekciarze, terroryści, fanatycy wszelkiej maści… — przypomina sobie Matera.
Ty! Pamiętam! Przecież nawet Brylu wspominał o nich na pierwszym koncercie Brygady Kryzys! — dorzuca Zygzak.
Około 22m49s Robert Brylewski pozdrawia, obecnych na sali, swoich przyjaciół z Czerwonych Brygad.
Scenariusz „Nylonowego księżyca” powstawał podczas „nocnych Polaków rozmów”, a właściwie imprez-posiadówek, na jednym ze skłotów na Woli. Wspomina scenarzystka, Dorota Kędzierzawska, wówczas studentka łódzkiej PWSFTviT: Basia Sass była ode mnie o wiele starsza, nie rozumiała całego pomysłu na film i w ogóle nasze towarzystwo uznawała chyba za bezczelnych gówniarzy, którym marzy się blichtr, romanse i wielka kariera filmowa <śmiech>. Co prawda reżyser, Pál Sándor, dobiegał czterdziestki, ale był fanem europejskich filmów sensacyjnych klasy B: włoskiego poliziotteschi i francuskiego euro-crime. A przede wszystkim był dozgonnym heroinistą. Oczywiście budżet był niemal zerowy. Pál przyjeżdżał z Budapesztu swoim Fiatem Mirafiori za własne pieniądze (oczywiście z siedzeniem wypchanym towarem przemycanym z Bułgarii), a Marina i Sanja były na miejscu, bo miały, zdaje się, stypendium artystyczne z ministerstwa kultury Jugosławii. Reszta osób występujących w filmie to ludzie ze sceny artystycznej i klubowej ówczesnej Warszawy, którzy robili to dla zabawy. Główną rolę męską – i jedyną w życiu – zagrał Piotr „Czombe” Dubiel, ówczesny gitarzysta Deutera, później współzałożyciel Xenny. Historia toczy się wokół dwóch terrorystek niemieckich (w tych rolach Abramović i Iveković), które przyjeżdżają na wakacje do socjalistycznej Polski, opalają się nago na mazurskich jeziorach, a potem przyjeżdżają do Warszawy, gdzie chodzą po klubach i imprezach, prowadząc dość promiskuitywny i hedonistyczny styl życia <śmiech>. Właściwie, trzeba przyznać, że film był na granicy hardcore porn… Cóż, Marina i Sanja przeprowadzały wtedy różne radykalne eksperymenty w sztuce performance i body art, więc nagość nie była dla nich problemem. Zbliżenia w ostrych scenach Sándor wyciął z amerykańskich filmów porno, które przemycano za Żelazną Kurtynę i pokazywano w specjalnych klubach. Terrorystki w filmie snują plany zabicia, na zlecenie OWP, Menachema Begina, ówczesnego premiera Izraela, który przebywa z wizytą w Warszawie. Ich plany próbuje pokrzyżować tajny agent – w tej roli „Czombe” – który jednocześnie prowadzi podwójne życie. Oprócz bycia agentem służb specjalnych jest również psychopatycznym mordercą. Częściowo zostawiłam zawikłane emocjonalnie relacje głównych postaci z książki Jaroslavy Blažkovej, ale wplotłam je w życie miłosne pomiędzy dwiema biseksualnymi terrorystkami, a tajniakiem-mordercą, a to interesowało mnie najbardziej – kończy Dorota Kędzierzawska. Czyżby zaginiony klasyk polskiego kina queer?
Fabuła był pokręcona i chora. Taśmy były ciężkie do zdobycia. Kupowaliśmy koszmarne ruskie celuloidy SVEMA, ale głównie była to taśma 16 mm z naszego rodzimego FOTONu. Za wszystko szła kasa od Sándora, który miał jakieś biznesy z warszawskimi Chińczykami z Pragi… – wspomina operator filmu, artysta wizualny, Przemysław Kwiek – Nie musieliśmy się męczyć z sowiecką kamerą Krasnogorsk-3, jak przy filmie „Precz! Precz! Precz!”, bo Dorota podkradała nowiutką „szesnastkę” Arriflexa z filmówki <śmiech>. Szczególnie ważne były sceny krwawej rzeźni, kiedy bohater morduje nastolatków w metrze – metro „grały” wagoniki warszawskiej WKD <śmiech>. Wiesz, kiedy dobrze ustawialiśmy kamerę, to Dworzec Centralny czy Warszawa Śródmieście wyglądały jak wielkomiejskie stacje metra… Czerwona farba lała się strumieniami, podobnie jak wysokoprocentowe napoje i spalane na planie worki zioła <śmiech>. Mieliśmy taką bekę, że to właśnie wtedy Pál Sándor nazwał Polskę „najweselszym barakiem w obozie” <śmiech>.
Niestety, były i ciemne strony. Wokół nas chodził znacznie mocniejszy towar niż zioło. Oświetleniowiec przedawkował strzała i spadł z drabiny razem z ciężkim reflektorem. Fotograf planu załamał się psychicznie i wylądował w Choroszczy. Sekretarka planu znikła bez śladu. Wszędzie walały się zużyte strzykawki. Ktoś ukradł część taśm, przypuszczalnie, aby dogodzić swoim nawykom. Musieliśmy je potem odkupić przed podstawione osoby… Kręciliśmy na „Dzikim Zachodzie”, czyli w najciemniejszej części Woli, choć to już nie było to samo miejsce, co dziesięć czy piętnaście lat wcześniej. Wciąż jednak działały gangi, gitowcy, drobni przestępcy, było mnóstwo melin, pijaków, narkomanów…
Film nigdy nie wszedł do głównego obiegu, bo oczywiście nie było szans na pokazywanie go w oficjalnych, socjalistycznych kinach. Wspomina Tadeusz Sobolewski, wówczas młody krytyk miesięcznika „Film”: Były organizowane tajne, nocne pokazy na Woli. Pojechałem tam z Piotrkiem Szulkinem, z którym w tej samej okolicy kręciliśmy wówczas „Golema” [Tadeusz Sobolewski jest współautorem scenariusza – przyp. aut.], a do którego wnętrza znajdowaliśmy w opuszczonych budynkach dzielnicy. Ponieważ „Nylonowy księżyc” puszczano z projektora 16 mm, a taśmy były nieme, ścieżka muzyczna i dźwiękowa leciała ze szpulowego magnetofonu marki Unitra. Nie raz taśma się zapętlała, szumiała, zwalniała lub przyspieszała, dawało to szalone, szalone efekty.
Aktorzy Marek Walczewski i Wiesław Drzewicz po seansie „Nylonowego księżyca”.
Mówi Józef Skrzek, autor muzyki do „Golema” Szulkina: O ile się nie mylę, był to rok wizyty Throbbing Gristle na Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu lub tuż po. Poznałem wtedy wiele nowych dźwięków i był to dla mnie bezwzględnie rewolucyjny przełom. Dotychczas słuchałem Tangerine Dream i całego tego gównianego syntezatorowego rocka na koturnach, ale po Throbbing Gristle i seansie „Nylonowego księżyca” przerzuciłem się na industrial. Chciałem zrobić podobną ścieżkę dźwiękową do „Golema” – bo teksty pisał dla mnie inny eksperymentator dźwięku i słowa, poeta Miron Białoszewski – ale ówczesny szef produkcji Zespołu Filmowego Perspektywa, Jurek Buchwald i kierownik artystyczny, Jurek Morgenstern, nie zgodzili się. Taśmę wysłałem do Graeme Revella z industrialnej grupy SPK, ale nie dostałem żadnej odpowiedzi. Wiele lat później, kiedy Revell zaczął tworzyć ścieżki dźwiękowe do filmów hollywoodzkich, usłyszałem w nich motywy jako żywo przypominające moje… Cóż – wzdycha z żalem Józef Skrzek – niektórzy nawet nie umieją podziękować za inspirację…
Ścieżkę dźwiękową do „Nylonowego księżyca” zrobił oczywiście industrialno-noise’owy duet Blitz Krieg [o którym pisałem w pierwszej części]. Głównym leitmotivem jest melodia do słów, również, Mirona Białoszewskiego, która — wybijając się z industrialowego nojzu — pojawia się w kluczowych momentach filmu. W ostatniej scenie filmu, jedna z terrorystek grana przez Abramović, pochyla się nad ciałem swojej towarzyszki zastrzelonej przez nieznanego sprawcę (?!), gwiżdże melodię, a następnie śpiewa — tu podstawionym głosem, po polsku — znany skądinąd tekst:
Nylonowy księżyc z nieba spadł
Skończył się video film
Może to był romans może żart
Dziś nie obchodzi mnie to
Dziś już nie martwię się tym
Wielkim fanem tego klasyka midnight movie z gatunku soviet-bloc-paranoia-crime był Jarosław Kukulski. Za zgodą członków Blitz Krieg, Stoora i Grudzińskiego, zaproponował w 1987 roku do skowerowania utwór Halinie Frąckowiak, zmieniając nieco tekst przy udziale Janusza Kondratowicza. I w tej wersji pamiętamy go do dzisiaj jako klasyka nurtu late socialist pop:








